SCRUM – lek na całe (domowe) zło

O zwinnym prowadzeniu projektów informatycznych napisano już chyba wszystko. Ilość książek, konferencji i artykułów na ten temat sprawia, że temat jest wciąż modny i aktualny.

Oczywiście popularność SCRUMA nie bierze się znikąd. Większość ludzi związanych z wytwarzaniem oprogramowania nie wyobraża sobie pracy w innej metodologi. Ja natomiast postanowiłem pójść krok daje i zaproponowałem żonie, aby w SCRUMie prowadzić cały dom:)

Na początku wyobraźcie sobie, że musicie osobie nietechnicznej wytłumaczyć czym jest SCRUM i dlaczego jest on taki fajny. Jednocześnie musicie znieść widok niezadowolenia, gdy tłumaczycie, czym jest task ( u nas było to proste zadanie do zrobienia w czasie krótszym niż 1 dzień) i sprint ( u nas – tydzień), a Wasza sytuacja wcale się nie poprawia, gdy rysując tabelę na białej folii do pisania, okazuje się, że markery przebiły i zabrudziły ścianę. Jednak wszystko to znika gdzieś, gdy całe dzieło jest skończone, a na ścianie w kuchni dumnie prezentuje się tabela z kolumnami TO DO, IN PROGRESS i DONE.

Na potrzeby domowe zrezygnowałem z codziennych meetingów ( w końcu i tak rozmawiamy) natomiast planowałem od czasu do czasu zrobić retrospektywę. Tymczasem na żółtych karteczkach na tablicy zapisałem pierwsze taski:

  • wyrzucić śmieci
  • posprzątać kuchnię
  • zrobić zakupy
  • ugotować obiad

Uznałem, że na początek nie ma sensu rozdrabniać zadania na mniejsze, chciałem bowiem sprawdzić jak zadziała to wszystko w praktyce. Dumnie więc na żółtej karteczce z napisem zrobić zakupy napisałem swoje imię i przeniosłem ją do kolumny IN PROGRESS. Żonie wytłumaczyłem, że każdy może brać dowolnego taska z kolumny TO DO, jak skończy wówczas weźmie następnego, aż wszystkie zadania będą w kolumnie DONE.

Nawet nie wiecie jakie było moje zdziwienie, gdy po powrocie do domu okazało się, że wszystkie taski są przypisane… do mnie. Okazało się, że moja żona uznała, że i tak mam za dużo czasu więc mogę zrobić całą resztę (i mówiła to z uśmiechem i zadowoleniem na twarzy). Wytłumaczyłem więc, że to tak nie działa i poprosiłem, aby przypisała jakieś zadanie na siebie. Na to usłyszałem, że „ale ona nie chce”. Przyznacie, że argument trudny do zbicie? Czarę goryczy przelał w pracy mój PM, który zapytał, czy jak nie zdążymy zrobić obiadu, to chodzimy głodni a obiad przenosimy do następnego sprintu. Na zaczepkę, czy może sprowadzimy sobie teściową jako scrum mastera nie zareagowałem. Chyba to jeszcze wszystko przemyślę.